Na rogu, obok ryneczku Pogodno przy Mickiewicza - stoi murek. Kształtem przypomina betonowego rogala o rozmiarach, które mogłyby zadowolić Gargantuę. Na jego całej długości leżą książki. Jak zwykle, praktycznie codziennie, kiedy tylko pozwala na to pogoda, ta sama staruszka rozkłada księgozbiór na murku. Tak samo również, za każdym razem, gdy tylko ktoś okaże cień zainteresowania którąś z książek, staruszka energicznie podrywa się z miejsca - podchodzi, zachwala, poleca. Towarzyszy potencjalnemu klientowi tak długo, aż ten nie straci apetytu i nie odejdzie. Tak, jak towarzyszyła mnie kilka dni, tygodni, czy miesięcy temu, lub tak, jak robi to dzisiejszego dnia. Dziś mój portfel świeci jednak pustkami. Zawsze jednak mogę wrócić do staruszki z funduszami, jeśli zajdzie potrzeba, więc zaczynam przegląd. Widząc, że oglądam album o sztuce starożytności, staruszka od razu podrywa się z siedziska pod ściana kamienicy i już po drodze zaczyna: „30 złotych. Ciekawe. Kolorowe zdjęcia są”. Tym razem jednak mnie nie przekona.
- Długo tu pani jeszcze dzisiaj będzie? – pytam, w razie natrafienia na jakiegoś poszarzałego od ulicznego pyłu białego kruka.
- Nie, ale jakby mnie już nie było, a pan chciałby przejrzeć, to mieszkam w tej bramie – pokazuje wejście do kamienicy i numer na domofonie.
Skończyłem przegląd. Tym razem żaden biały kruk nie wygrzewał się na murku.
- A te książki, to pani z domu wyprzedaje?
- Tak. Ja stara już jestem, lat 76 mam, proszę pana. Po co mi to potrzebne. Ja to już na pewno umrę niedługo, a po co to wszystko ma iść na śmietnik. Tak, to się jeszcze może komuś przyda.
- Co u pani jestem, to jakieś inne książki pani ma, sporo tego. A rodzina nie chciałaby położyć łapy na takim księgozbiorze?
- Ja nie mam rodziny. Jestem sama – robi pauzę, wzrokiem lustruje brudny chodnik - samiusieńka – dodaje ciszej i wraca na siedzonko pod ścianą kamienicy.
Moje tradycyjne wertowanie książek staruszki z murka przy ryneczku Pogodno nigdy nie będzie już takie samo.
Kszt
Kszt-Kszt Szczecin
wtorek, 21 września 2010
czwartek, 16 września 2010
Jak zdobywano dziki Manhattan
Jednym z moich ulubionych lokalnych periodyków, jest popularna MM’ka. Zwłaszcza internetowe wydanie. Takiego zbiorowiska internetowych trolli, różnej maści „hejterów” i praworządnych obywateli, którzy nasłaliby na ciebie policję za przejście po pasach w niedozwolonym miejscu ze świecą szukać. Albo lepiej z gromnicą, na wszelki wypadek. Nie wiem czy to reprezentacyjna grupa mieszkańców naszego miasta (mam wielką nadzieję, że jednak nie), czy po prostu tacy ludzie w pierwszej kolejności się tam pchają, ale już dawno temu odpuściłem sobie dyskusję z nimi na forum, kiedy po raz kolejny czymś mnie porażą. Wszystko to nie oznacza oczywiście, że całkowicie bojkotuję tę gazetę. Wręcz przeciwnie – uwielbiam tę cotygodniową porcję ekstremalnych wrażeń, które mi zapewnia i bardzo bym żałował, jakby nagle jej zabrakło. Na to jednak się póki co nie zanosi.
Zakończę już może ten nieco przydługi wstęp i przejdę do konkretów. Otóż jakiś czas temu podczas przeglądania internetowego serwisu rzeczonego periodyku, natrafiłem na ciekawy materiał. Artykuł pod tytułem w stylu spaghetti westernu – „Niespokojnie na dzikim Manhattanie. Straż miejska kończy z mandatami i straszy sądem” z 27 lipca 2010. Po raz kolejny straż miejska bierze się za bary z „Dziadami” handlującymi na terenie przylegającym do targowiska Manhattan. No może określenie „Dziady” nieco niektórym handlarzom uwłacza (handlują również „Babety”), ale takie określenie na dobre już zadomowiło się w szczecińskiej gwarze i będę się nim tu posługiwał dla wygody. A zatem wraca temat Dziadów. Prawie rok temu, na łamach tego samego serwisu z niedowierzaniem czytałem, że na Dziadów przyszła definitywnie kryska. W owym mrocznym czasie nieliczni dzielnie trwali przy swoich kocach i dywanach - większość jednak zwinęła wtedy interesy i schowała się do okopów, aby przeczekać gorsze czasy. Po całej medialnej zadymce, która nie trwała zbyt długo, powrócili jednak i dalej było jak dawniej. Teraz znów ma być gorąco. Pod artykułem jak zwykle wojenka na forum. Jedni Dziadów bronią, wskazując na niską szkodliwość ich działalności dla budżetu, wspominają zakupy po śmiesznie niskich cenach i ogólnie panujący niepowtarzalny klimat. Inni nazywają handlarską drobnicę „patologią” i radzą założyć „działalność gospodarczą” (naprawdę!). Jeszcze inni nie szczędzą krytyki straży miejskiej wskazując nieskuteczność mało sympatycznych panów w czarnych uniformach w egzekwowaniu prawa. Kołomyja jak zwykle. Ale wiadomo, jak jest – internetowi krzykacze sobie, a rzeczywistość sobie. Od publikacji artykułu minął prawie miesiąc, postanowiłem sprawdzić jak radzą sobie główni zainteresowani całego zamieszania. Osiodłałem więc konia, przypiąłem ostrogi i udałem się na „dziki Manhattan” na rekonesans. Na miejscu pierwszą rzeczą, jaka rzuciła mi się w oczy, był siedzący w wysokiej trawie pies. Nie byłoby w tym może nic dziwnego, gdyby nie fakt, że pies siedział na samych tylnych łapach, przednie trzymał podkurczone w górze wzorem surykatek na kanałach przyrodniczych. Siedział tak sobie dobre kilka minut wzbudzając wokół ogólną wesołość. Uśmiałem się serdecznie, ale nie przyjechałem tu przecież oglądać dziwnych zwyczajów lokalnej fauny. Skierowałem wzrok na plac, gdzie powinny stać Dziady. Prawie nikogo. Podszedłem do jednego z nielicznych faceta, który powoli pakował swój majdan do walizek.
- Dobry. Co tu dziś taka posucha?
- A która jest godzina? – pyta z uśmiechem facet w bluzce z wielką puszka Coca Coli na klacie.
No tak - racja. Już prawie piętnasta. Wszyscy się zmyli. A reszta pakowała już tobołki nie licząc kilku handlarzy dyskutujących zawzięcie o jakichś dawnych polsko-ruskich zatargach.
- A wie pan, czytałem w gazecie, że ludzie się skarżą na handlujących tutaj. Że do budżetu nie odprowadzają nic. Nawet, że powinni założyć działalność gospodarczą.
- Taa, bardzo mądry pomysł - żachnął się sprzedawca i wrócił do pakowania walizki.
- A ile kosztuje wynajem tamtych zadaszonych stoisk?
- A to zależy czy miesięcznie czy dziennie. Miesięcznie płacą chyba jakoś koło 160 zł, plus jeszcze 6 zł codziennie. Dwa z tych sześciu idzie dla targowiska a cztery dla miasta. Miesięcznie to będzie ile? – szybka kalkulacja – Prawie trzy stówy. Niektórych stać na to, ale nie wszystkich, ci drudzy handlują tutaj.
Jako, że na placu za targowiskiem zostało mało kandydatów do potencjalnych pogaduszek, a pozostali na miejscu handlarze zajęci byli zwijaniem interesów, wróciłem na „dziki Manhattan” kilka dni później. Tym razem, jak na dobry western przystało – w samo południe. Tym razem „dziadowisko” przywitało mnie wesołym gwarem, a sama wizyta zaowocowała kilkoma ciekawymi rozmowami. Inni handlarze pytani o warunki najmu, potwierdzili słowa swego kolegi po fachu, z którym rozmawiałem poprzednim razem.
- Ja tu dziennie dosłownie kilka złotych zarabiam. Dosłownie. To ja mam im jeszcze sześć oddawać? To ile ja przyniosę? Złotówkę? Z wyra się nie opłaca wstawać!
Opłacalność takiego „biznesu”, delikatnie mówiąc - nie poraża. Dla kontrastu poszedłem zobaczyć jak się sprawy mają przy zadaszonych stoiskach za ogrodzeniem, oddzielającym handlujących legalnie od terenu opanowanego przez Dziadów. Pierwszy-lepszy stragan, na blacie antyki. Miedzy innymi pokaźny zbiór niemieckich kufli. Oglądam, zapytuję sprzedawcę o cenę.
- Te po 40 zł, a tamte po 60 – przedwojenne.
Oglądam towar. Sprawdzam sygnaturkę fabryki na spodzie kufla.
Zapytany o producenta, sprzedawca podał mi nazwę fabryki, miasto, w którym ta stoi, oraz podał przybliżony rok produkcji kufla. Potem kilka minut rozmawialiśmy o porcelanowych produktach niemieckich fabryk z początku XX wieku. Facet ewidentnie wie co ma na stanie. I wie, ile za to brać. Pasjonat. To już nie jest Dziad przy kocu pełnym szpargałów – legalni najemcy stoisk, to inny rodzaj handlarzy. Profesjonaliści prawie! Dla zwykłego Dziada zza ogrodzenia za wysokie progi. No i nie czuć od nich alkoholu.
Na innych stosikach podobnie, jeszcze więcej antyków, podrabiana elektronika, filmy na DVD. Daje się zauważyć pewien schemat - ci ludzie maja towary w jakiś sposób sprofilowane. Ceny często ustalone, nie wszyscy chętni do targów. Nic dziwnego, oni musza opłacić swoje stanowisko pracy. Tutaj nie ma już tego anarchistycznego klimatu, tego wspomaganego piwem luzu i przybijania „piątek”, przypadkowych rozmów, sporadycznego rechotu i wyrwanych z kontekstu zdań. Tu się odbywa Handel z dużej litery. Wolę jednak Dziady zza płotu.
W głowie pojawia mi się skojarzenie: był taki odcinek Simpsonów, pod tytułem „Whacking Day” - chodziło o święto „Walenia Węża” (tylko ja mam skojarzenia?). Mała Lisa wbrew mieszkańcom rodzinnego Springfield robiła wszystko, aby ocalić od zguby biedne, syczące gady, które chociaż brzydkie i generalnie ze wszech miar niesympatyczne, to jednak mają jakieś-tam prawa. Kiedy już cała hekatomba miała się rozpocząć, na scenie pojawia się Barry White i rozpoczyna swoją pieśń – „zostawcie węże w spokoju”. Nie pamiętam, czym się cała heca zakończyła, znając jednak mieszkańców Springfield mogę przypuszczać, że pośpiewali razem z czarnoskórym olbrzymem, pokiwali się w rytm muzyki, a potem i tak zrobili swoje. Nie pamiętam. Przydałby się jednak i naszym Dziadom taki Barry White – hipotetyczny, bo prawdziwy już kilka ładnych lat nie żyje. Oczami wyobraźni widzę, jak po pudłach wspina się na stragan jednego z tych szczęśliwców, których stać na wynajem i swym niskim głosem intonuje „Zostawcie Dziadów w spokoju”. Wszyscy handlarze z targowiska, wraz z miśkami ze straży miejskiej i toczącymi pianę ludźmi, których tak naprawdę cały ten „problem” ani na jotę nie dotyczy - padają Dziadom w ramiona. Łzy, uściski, w tle fajerwerki, itp. Znając jednak naszych rodzimych Springfieldczyków, nie trudno domyślić się, jaki finał przybrałaby taka zabawa, gdy tylko ucichłyby słowa piosenki. Dobranoc Państwu.
Kszt
Zakończę już może ten nieco przydługi wstęp i przejdę do konkretów. Otóż jakiś czas temu podczas przeglądania internetowego serwisu rzeczonego periodyku, natrafiłem na ciekawy materiał. Artykuł pod tytułem w stylu spaghetti westernu – „Niespokojnie na dzikim Manhattanie. Straż miejska kończy z mandatami i straszy sądem” z 27 lipca 2010. Po raz kolejny straż miejska bierze się za bary z „Dziadami” handlującymi na terenie przylegającym do targowiska Manhattan. No może określenie „Dziady” nieco niektórym handlarzom uwłacza (handlują również „Babety”), ale takie określenie na dobre już zadomowiło się w szczecińskiej gwarze i będę się nim tu posługiwał dla wygody. A zatem wraca temat Dziadów. Prawie rok temu, na łamach tego samego serwisu z niedowierzaniem czytałem, że na Dziadów przyszła definitywnie kryska. W owym mrocznym czasie nieliczni dzielnie trwali przy swoich kocach i dywanach - większość jednak zwinęła wtedy interesy i schowała się do okopów, aby przeczekać gorsze czasy. Po całej medialnej zadymce, która nie trwała zbyt długo, powrócili jednak i dalej było jak dawniej. Teraz znów ma być gorąco. Pod artykułem jak zwykle wojenka na forum. Jedni Dziadów bronią, wskazując na niską szkodliwość ich działalności dla budżetu, wspominają zakupy po śmiesznie niskich cenach i ogólnie panujący niepowtarzalny klimat. Inni nazywają handlarską drobnicę „patologią” i radzą założyć „działalność gospodarczą” (naprawdę!). Jeszcze inni nie szczędzą krytyki straży miejskiej wskazując nieskuteczność mało sympatycznych panów w czarnych uniformach w egzekwowaniu prawa. Kołomyja jak zwykle. Ale wiadomo, jak jest – internetowi krzykacze sobie, a rzeczywistość sobie. Od publikacji artykułu minął prawie miesiąc, postanowiłem sprawdzić jak radzą sobie główni zainteresowani całego zamieszania. Osiodłałem więc konia, przypiąłem ostrogi i udałem się na „dziki Manhattan” na rekonesans. Na miejscu pierwszą rzeczą, jaka rzuciła mi się w oczy, był siedzący w wysokiej trawie pies. Nie byłoby w tym może nic dziwnego, gdyby nie fakt, że pies siedział na samych tylnych łapach, przednie trzymał podkurczone w górze wzorem surykatek na kanałach przyrodniczych. Siedział tak sobie dobre kilka minut wzbudzając wokół ogólną wesołość. Uśmiałem się serdecznie, ale nie przyjechałem tu przecież oglądać dziwnych zwyczajów lokalnej fauny. Skierowałem wzrok na plac, gdzie powinny stać Dziady. Prawie nikogo. Podszedłem do jednego z nielicznych faceta, który powoli pakował swój majdan do walizek.
- Dobry. Co tu dziś taka posucha?
- A która jest godzina? – pyta z uśmiechem facet w bluzce z wielką puszka Coca Coli na klacie.
No tak - racja. Już prawie piętnasta. Wszyscy się zmyli. A reszta pakowała już tobołki nie licząc kilku handlarzy dyskutujących zawzięcie o jakichś dawnych polsko-ruskich zatargach.
- A wie pan, czytałem w gazecie, że ludzie się skarżą na handlujących tutaj. Że do budżetu nie odprowadzają nic. Nawet, że powinni założyć działalność gospodarczą.
- Taa, bardzo mądry pomysł - żachnął się sprzedawca i wrócił do pakowania walizki.
- A ile kosztuje wynajem tamtych zadaszonych stoisk?
- A to zależy czy miesięcznie czy dziennie. Miesięcznie płacą chyba jakoś koło 160 zł, plus jeszcze 6 zł codziennie. Dwa z tych sześciu idzie dla targowiska a cztery dla miasta. Miesięcznie to będzie ile? – szybka kalkulacja – Prawie trzy stówy. Niektórych stać na to, ale nie wszystkich, ci drudzy handlują tutaj.
Jako, że na placu za targowiskiem zostało mało kandydatów do potencjalnych pogaduszek, a pozostali na miejscu handlarze zajęci byli zwijaniem interesów, wróciłem na „dziki Manhattan” kilka dni później. Tym razem, jak na dobry western przystało – w samo południe. Tym razem „dziadowisko” przywitało mnie wesołym gwarem, a sama wizyta zaowocowała kilkoma ciekawymi rozmowami. Inni handlarze pytani o warunki najmu, potwierdzili słowa swego kolegi po fachu, z którym rozmawiałem poprzednim razem.
- Ja tu dziennie dosłownie kilka złotych zarabiam. Dosłownie. To ja mam im jeszcze sześć oddawać? To ile ja przyniosę? Złotówkę? Z wyra się nie opłaca wstawać!
Opłacalność takiego „biznesu”, delikatnie mówiąc - nie poraża. Dla kontrastu poszedłem zobaczyć jak się sprawy mają przy zadaszonych stoiskach za ogrodzeniem, oddzielającym handlujących legalnie od terenu opanowanego przez Dziadów. Pierwszy-lepszy stragan, na blacie antyki. Miedzy innymi pokaźny zbiór niemieckich kufli. Oglądam, zapytuję sprzedawcę o cenę.
- Te po 40 zł, a tamte po 60 – przedwojenne.
Oglądam towar. Sprawdzam sygnaturkę fabryki na spodzie kufla.
Zapytany o producenta, sprzedawca podał mi nazwę fabryki, miasto, w którym ta stoi, oraz podał przybliżony rok produkcji kufla. Potem kilka minut rozmawialiśmy o porcelanowych produktach niemieckich fabryk z początku XX wieku. Facet ewidentnie wie co ma na stanie. I wie, ile za to brać. Pasjonat. To już nie jest Dziad przy kocu pełnym szpargałów – legalni najemcy stoisk, to inny rodzaj handlarzy. Profesjonaliści prawie! Dla zwykłego Dziada zza ogrodzenia za wysokie progi. No i nie czuć od nich alkoholu.
Na innych stosikach podobnie, jeszcze więcej antyków, podrabiana elektronika, filmy na DVD. Daje się zauważyć pewien schemat - ci ludzie maja towary w jakiś sposób sprofilowane. Ceny często ustalone, nie wszyscy chętni do targów. Nic dziwnego, oni musza opłacić swoje stanowisko pracy. Tutaj nie ma już tego anarchistycznego klimatu, tego wspomaganego piwem luzu i przybijania „piątek”, przypadkowych rozmów, sporadycznego rechotu i wyrwanych z kontekstu zdań. Tu się odbywa Handel z dużej litery. Wolę jednak Dziady zza płotu.
W głowie pojawia mi się skojarzenie: był taki odcinek Simpsonów, pod tytułem „Whacking Day” - chodziło o święto „Walenia Węża” (tylko ja mam skojarzenia?). Mała Lisa wbrew mieszkańcom rodzinnego Springfield robiła wszystko, aby ocalić od zguby biedne, syczące gady, które chociaż brzydkie i generalnie ze wszech miar niesympatyczne, to jednak mają jakieś-tam prawa. Kiedy już cała hekatomba miała się rozpocząć, na scenie pojawia się Barry White i rozpoczyna swoją pieśń – „zostawcie węże w spokoju”. Nie pamiętam, czym się cała heca zakończyła, znając jednak mieszkańców Springfield mogę przypuszczać, że pośpiewali razem z czarnoskórym olbrzymem, pokiwali się w rytm muzyki, a potem i tak zrobili swoje. Nie pamiętam. Przydałby się jednak i naszym Dziadom taki Barry White – hipotetyczny, bo prawdziwy już kilka ładnych lat nie żyje. Oczami wyobraźni widzę, jak po pudłach wspina się na stragan jednego z tych szczęśliwców, których stać na wynajem i swym niskim głosem intonuje „Zostawcie Dziadów w spokoju”. Wszyscy handlarze z targowiska, wraz z miśkami ze straży miejskiej i toczącymi pianę ludźmi, których tak naprawdę cały ten „problem” ani na jotę nie dotyczy - padają Dziadom w ramiona. Łzy, uściski, w tle fajerwerki, itp. Znając jednak naszych rodzimych Springfieldczyków, nie trudno domyślić się, jaki finał przybrałaby taka zabawa, gdy tylko ucichłyby słowa piosenki. Dobranoc Państwu.
Kszt
O co idzie?
Idzie o Marzenie. Podzielę się z wami swoim Marzeniem. Nie to, żebym był jednym z tych internetowych ekshibicjonistów, których teraz pełno, ale będzie to ładnie umieścić tytułem wstępu. Otóż zawsze chciałem pracować w prasie. Być felietonistą, albo dziennikarzem z gazety. Gościem, który machając legitymacją prasową dostaje się tam, gdzie zwykły śmiertelnik może co najwyżej popatrzeć zza zwalistej postaci ochroniarza. Gościem, który chodzi po nieprzyjemnych ludziach, zadaje im kłopotliwe pytania aż zaczną się pocić, a pokrzywdzonych bierze w obronę rozpętując burzę gdzie trzeba. Informacyjnym Robin-Hood’em, tylko bez tych rajtuzów. Takim typem, który wie co, jak i gdzie. Który nie tylko patrzy, ale i widzi. I w dodatku potrafi to jeszcze zinterpretować i przekazać. Nie po to, żeby wzbudzać jeszcze więcej pytań (no, może czasem), ale docierać do istoty i pokazywać pewne zjawiska, obok których codziennie wszyscy jesteśmy, o które się ocieramy , a z istnienia których często nie zdajemy sobie sprawy. Bo takie jest współczesne miasto. A kocham miasto i chcę o nim pisać.
Tak, zgadza się – patos i pompa, ale co poradzę? Takie bywają Marzenia. Zwłaszcza te z dużej litery.
Kiedy się jednak głębiej zastanowić, to praca w oficjalnej prasie narzuca dostosowywanie się do pewnych kanonów. Językowych, stylistycznych, estetycznych i tak dalej. Dlatego często po lekturze takiej prasy pozostaję z niesmakiem. I to nie z powodu braku porannej higieny jamy ustnej. Chodzi o pewien poziom. Doskonale zdaję sobie sprawę, że nie raz, by wyrobić wierszówkę, dziennikarz wygląda za okno, albo chodzi po ulicy i stara się wśród miejskiego zgiełku wypatrzyć temat, który pomoże mu wyrobić normę. No i znajduje: tu śmieci leżą, tam schody są krzywe, tam młodzież piwo pije, a tam z kolei popisane jest po ścianach. A na tych chodnikach, to idzie nogę skręcić. O nie. Takich rzeczy i z takich powodów pisać bym nie chciał.
Dlatego właśnie ruszam ze swoim własnym projektem, gdzie nikt mi nie będzie wchodził w paradę. Ostrzegam, że będzie subiektywnie. Subiektywnie do bólu - jak już wspomniałem pewne kanony mnie nie dotyczą. Inne jednak chciałbym zachować. Na pewno nie zamierzam wymyślać głupot ani ssać przysłowiowego palca z braku tematu, bo i nie muszę. Spodziewajcie się więc nie tylko subiektywizmu, ale również rzetelności podawanych informacji i solidnego podejścia. Spodziewajcie się również zarówno tekstów dotyczących bieżących wydarzeń w naszym Mieście, jak i traktujących o historii Szczecina, która jest jedną z moich pasji. No i różnego rodzaju interesujących moim zdaniem miejskich smaczków. Tyle w temacie.
Zapraszam do lektury.
Nie udławcie się.
Kszt
Tak, zgadza się – patos i pompa, ale co poradzę? Takie bywają Marzenia. Zwłaszcza te z dużej litery.
Kiedy się jednak głębiej zastanowić, to praca w oficjalnej prasie narzuca dostosowywanie się do pewnych kanonów. Językowych, stylistycznych, estetycznych i tak dalej. Dlatego często po lekturze takiej prasy pozostaję z niesmakiem. I to nie z powodu braku porannej higieny jamy ustnej. Chodzi o pewien poziom. Doskonale zdaję sobie sprawę, że nie raz, by wyrobić wierszówkę, dziennikarz wygląda za okno, albo chodzi po ulicy i stara się wśród miejskiego zgiełku wypatrzyć temat, który pomoże mu wyrobić normę. No i znajduje: tu śmieci leżą, tam schody są krzywe, tam młodzież piwo pije, a tam z kolei popisane jest po ścianach. A na tych chodnikach, to idzie nogę skręcić. O nie. Takich rzeczy i z takich powodów pisać bym nie chciał.
Dlatego właśnie ruszam ze swoim własnym projektem, gdzie nikt mi nie będzie wchodził w paradę. Ostrzegam, że będzie subiektywnie. Subiektywnie do bólu - jak już wspomniałem pewne kanony mnie nie dotyczą. Inne jednak chciałbym zachować. Na pewno nie zamierzam wymyślać głupot ani ssać przysłowiowego palca z braku tematu, bo i nie muszę. Spodziewajcie się więc nie tylko subiektywizmu, ale również rzetelności podawanych informacji i solidnego podejścia. Spodziewajcie się również zarówno tekstów dotyczących bieżących wydarzeń w naszym Mieście, jak i traktujących o historii Szczecina, która jest jedną z moich pasji. No i różnego rodzaju interesujących moim zdaniem miejskich smaczków. Tyle w temacie.
Zapraszam do lektury.
Nie udławcie się.
Kszt
Subskrybuj:
Posty (Atom)